Nie zaczęło się spektakularnie. Nie było przeogromnych wręcz stad psów,
chcących być częścią Dogs' Tribe. Przede wszystkim - tej sfory miało nie
być. Nie czułem się na tyle silny, odpowiedzialny i dorosły, by ją
stworzyć. Ale jak mogłem odrzucić ostatnią wolę kogoś, z kim spędziłem
życie? Pogardzić jego przedśmiertnym życzeniem i zapomnieć o Kovenie? To
nie wchodziło w grę. Choćbym miał przed sobą wiele trudnych wyborów,
przykrości, bólu - nie poddam się. Zawdzięczam mu wiele. Pomagał mi
przeżyć każdy dzień w tym przeklętym domu. Później mnie wspierał i
pomógł się uwolnić. Polowaliśmy razem, bark w bark, trzy lata.
Codziennie budziłem się z myślą, że znowu przeżyjemy nowe, fascynujące
przygody. I tak właśnie było. Do czasu... Nic wszak nie trwa wiecznie,
prawda? Słoneczny, ciepły, wiosenny poranek. Kilka dni po odkryciu mocy,
gdy obchodziłem drugie urodziny, stało się coś strasznego. Gdy z
wywieszonymi jęzorami i błyskiem radości w oczach biegaliśmy po lesie,
rozległ się huk. Zanim zdążyłem się zatrzymać, dostrzegłem rozmytą w
ruchu kulę, za którą ciągnął się odpychający smród prochu strzelniczego.
Pół sekundy później po boku Kovena rozlała się zatrważająco duża,
czerwona plama. Szkarłatne krople zaczęły skapywać na dół, plamiąc
zielone źdźbła trawy. Z gardła wyrwał mu się krótki, żałosny jęk.
"Znajdź ją, sforę" wycharczał z trudem. Gdy rzuciłem się do szaleńczego
biegu w jego kierunku, leciwy samiec osunął się na ziemię. Jego oczy
zaszkliły się, wpatrzone tępo gdzieś w dal. Przypadłem do jego
nieruchomego ciała, przysłaniając ranę własną sierścią, jak gdybym
wierzył, że w ten sposób zapomnę o jej istnieniu i przywrócę Kovena do
życia, a on jak gdyby nigdy nic wstanie z promiennym uśmiechem na pysku.
Jego czarne wargi rozchyliły się w pośmiertnym grymasie. Mój świat się
zawalił. Sam padłem na ziemię, obijając się boleśnie o leżące na niej
kamienie. Zostałem w tej pozycji do zmroku, nie zważając na nic.
Nie zapomniałem więc o nim. Minęły dwa lata bezsensownych poszukiwań. Żadnego psa, a tym bardziej żadnej sfory. Z każdym dniem czułem się coraz gorzej - co ze mnie za pies, skoro nie mogłem sobie znaleźć nawet miejsca do życia? Kilka razy przez myśl przebiegło mi to, żeby samemu prowadzić stado. Szybko jednak wyparłem ten absurd z głowy. Jednak to się zdarzyło. Byłem Cesarzem. Kiedy przemierzałem znienawidzony las, usłyszałem dziwny szelest. Apatycznie, jakby obojętnie skierowałem uszy w tamtą stronę. A wtedy, zza gęstych zarośli dobiegł gardłowy warkot. Ożywiłem się. Nie zważając na niebezpieczeństwo rzuciłem się w tamtych kierunku. Gdy przedarłem się przez gąszcz niedojrzałych gałązek, gwałtownie zatrzymałem się na innym psie. Uderzyłem w niego z całym impetem, tym samym przewracając obu z nas.
- Co tu robisz!? - krzyknąłem podekscytowany.
Samiec jednak odebrał mój ton głosu zupełnie inaczej i znowu zawarczał. Zmierzyłem go wzrokiem. Miał piaskową, nie za długą sierść z ciemniejszymi znaczeniami. Jego uszy sterczały czujnie, nasłuchując. Oczy psa miały nietypowy odcień - były niemalże złotawe. Przybrałem skruszoną postawę, chcąc go uspokoić. Po chwili samiec oblizał się, a najeżona sierść na jego grzbiecie opadła.
- Zapewne to co ty - szukam żarcia i schronienia - odparł beznamiętnie głębokim głosem.
Nie zapomniałem więc o nim. Minęły dwa lata bezsensownych poszukiwań. Żadnego psa, a tym bardziej żadnej sfory. Z każdym dniem czułem się coraz gorzej - co ze mnie za pies, skoro nie mogłem sobie znaleźć nawet miejsca do życia? Kilka razy przez myśl przebiegło mi to, żeby samemu prowadzić stado. Szybko jednak wyparłem ten absurd z głowy. Jednak to się zdarzyło. Byłem Cesarzem. Kiedy przemierzałem znienawidzony las, usłyszałem dziwny szelest. Apatycznie, jakby obojętnie skierowałem uszy w tamtą stronę. A wtedy, zza gęstych zarośli dobiegł gardłowy warkot. Ożywiłem się. Nie zważając na niebezpieczeństwo rzuciłem się w tamtych kierunku. Gdy przedarłem się przez gąszcz niedojrzałych gałązek, gwałtownie zatrzymałem się na innym psie. Uderzyłem w niego z całym impetem, tym samym przewracając obu z nas.
- Co tu robisz!? - krzyknąłem podekscytowany.
Samiec jednak odebrał mój ton głosu zupełnie inaczej i znowu zawarczał. Zmierzyłem go wzrokiem. Miał piaskową, nie za długą sierść z ciemniejszymi znaczeniami. Jego uszy sterczały czujnie, nasłuchując. Oczy psa miały nietypowy odcień - były niemalże złotawe. Przybrałem skruszoną postawę, chcąc go uspokoić. Po chwili samiec oblizał się, a najeżona sierść na jego grzbiecie opadła.
- Zapewne to co ty - szukam żarcia i schronienia - odparł beznamiętnie głębokim głosem.
~*~
Później poszło gładko - wytłumaczyłem mu wszystko, a on postanowił mi pomóc. Dogs' Tribe naprawdę istniało.
Imię: Dean
Wiek: 4 lata
Profil: Dean